trochę dramatycznie dzisiaj. no więc od mniej więcej 2-3 dni napieprza mnie gardło. całe czerwone i piecze jak cholera, a do tego oczy łzawią mi strasznie. plus widzę przez mgłę. decyzja: jedziemy do zaprzyjaźnionego szpitala na wood green. najpierw oczywiście pół-godzinna przejażdżka autobusem 144 po jakiś totalnych zadupiach. ale w końcu się udaje i w okolicach 0:30 w nocy jestem na miejscu. jeszcze oczywiście 300 metrów piechotką i jestem.
na izbie przyjęć przeurocza pani tłumaczy co i jak, i że po pierwsze muszę poczekać, a po drugie to z oczami dupa, bo jedyne co mogę zrobić, to jechać na dosłownie drugi koniec miasta do okulisty całodobowego. oni niestety nie mogą pomóc. myślę sobie, noż k... pięknie. zapowiada się długa noc. mówię więc panience, że gardło napieprza, to ja poczekam jeszcze i najpierw gardło, a potem wycieczka na drugi koniec miasta. siadam w poczekalni i czekam. przede mną z 10 umarlaków, albo takich, co to już jedną nogą w grobie. mija 20 minut i wreszcie moja kolej. kolejna przeurocza dama opowiada i wypytuje, temperatura i ciśnienie w normie, przeżyje. no ale proszę poczekać na korytarzu zaraz lekarz pana przyjmie. jak się potem okazuje, to zaraz to jakieś 2 godziny. w między czasie pojawia się kilka osobistości: dwie ze zwichniętą nogą lub czy kostką. dwóch po bójce w częściach. i ślicznotka, która spawa w poczekalni dalej niż widzi. obok niej stoi jegomość, który trzyma waćpannę za włosy, co by nowej trwałej nie obrzygała. poza tym nuda. cisza, spokój, telewizor napieprza. sprzątacz stara się ogarnąć spaw waćpanny, a przyznać trzeba, że troche tego jest. w końcu, nareszcie, po 2 godzinach wylegiwania się na twardym jak decha plastikowym krzesełku zostaję przyjęty. miły doktor i jego niezrozumiały dla mnie akcent nie wróżą niczego dobrego. jak się jednak okazuje, moje oczy jednak go martwią i nie puści mnie do domu, ani do innego szpitala, tylko sam coś pokombinuje. najlepsze jest jednak to, że automat do recept nie działa i leki i recepte dostaje za friko. jeszcze tylko singaczyr i jestem wolny. po drodze mijam pokoje z oczekującymi na pomoc i chyba do końca życia zapamiętam tę staruszkę, z fioletowymi plamami na twarzy. wyglądała tak strasznie samotnie. tylko ona i pielęgniarką coś tam przy niej mamrotająca. ale oczy tej pani, takie puste, bez życia, bez nadziei. bardzo przykry widok.
do domu niestety wracam piechotką, bo na tym zadupiu nic nocnego nie jeździ. także z sercem w przełyku zwiedzam północny londyn. w domu oczywiście wszyscy witają mnie z otwartymi ramionami, mianowicie, mają to w dupach bo śpią jak zabici. tak oto wygląda moja nocka z soboty na niedziele. gardło po lekach jakby mniej boli, oczy już nie łzawią hektolitrami. może jednak wyzdrowieję?
a, i zakochałem sie w lesbijce. ja chyba jednak nigdy nie znajdę kogoś normalnego.
mam jej robić zdjęcia, pobawimy sie w syd i lucy berliner* i zobaczymy co z tego wyjdzie.

* koniecznie zobacz "high art" jeśli nie kojarzysz jednej i drugiej.

do posłuchania tom waits - new york mood